czwartek, 27 lutego 2014

Część 5.

Budzę się w mojej komnacie, wszystko jest tak ja powinno. No, może nie wszystko.
Nie ma Josha, wyszłam na korytarz, na którym zawsze
ktoś jest. Co jest? Gdzie się wszyscy podziali? Słyszę warkot zza rogu,
idę tam. Czemu ja to robię? Warkot jest coraz głośniejszy.
Stój! Krzyczę sama do siebie, nie mam pojęcia czemu, i tak idę dalej.
Natychmiast masz stanąć! Annabeth! Stój!
Kiedy moje ciało mnie wreszcie usłuchało, staję. Nie na długo.
Straszny ból przeszywa moje plecy, odwracam się i widzę potwora.
Czarnego wilczura rozrywającego moje ciało. Krew rozpryskuje się po ścianie, oślepiając mnie na parę sekund. Kiedyś otarłam oczy z krwi wszystko dzieje się z innej perspektywy.
Widzę to z góry. 
Patrzę, jak wilk rozrywa ciało dziecka. Co się dzieje? Czemu nie mogę się ruszyć? 
Po 20 minutach stania w kącie monstrum odchodzi. 
Widzę poszarpane ciało małej blondynki.
To ja.
Budzę się i słyszę czyiś krzyk, po chwili uświadamiam sobie, że to ja.
Josh się zrywa, do pokoju wbiega Ares z bronią w ręce.
-To nic, miałam zły sen -powiedziałam ze łzami w oczach, to nie było normalne. 
-Dziewczyno, obudziłaś wszystkich, każdy już chciał wbiec tu z całym arsenałem zbrojnym ! -Ares stał nade  mną lekko podirytowany, Josh głaskał mnie po głowie.
-Przepraszam. -wstaję i ruszam do kuchni, chcę się czegoś napić. Przepraszam ich znów, po drodze mijam wiele osób, prawie nikogo nie znam. W kuchni stoi mały skrzat, nasz pomocnik. 
-Mogłabym prosić ciepłe mleko? -nic innego nie wpadło mi do głowy.
-Zrobię ci kakao, dobrze? -właściwie czemu nie?
-Poproszę. -usiadłam na krześle czekając na kakao. Co to właściwie za sen? Wywołałam większe zamieszanie niż Ares, który podczas ćwiczeń zabił prawie naszego instruktora. 
-Pani kakao, pani Annabeth. -mały skrzat podał mi gorący napój, podziękowałam i ruszyłam do mojego pokoju. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam znów czarnego wilczura,stojącego nad łóżkiem. To nie sen. Upuściłam kubek i tym samym obudziłam Josha, potwór zniknął, a ja stałam w drzwiach cała się trzęsąc. 
-Co się stało? -Czarnowłosy podszedł do mnie i przytulił.
-Znów to widziałam.
-Co ?
-Wilka, który zabił moją ciotkę. Śnił mi się dziś, dlatego krzyczałam, teraz wydawało mi się, że stoi tam.
-Chodźmy spać. Przemęczasz się. -Josh pocałował mnie i kazał iść spać, a sam posprzątał to co rozlałam. Kiedy skończył położył się obok mnie i przytulił. Zwinęłam się w embrion i spałam tak do rana. 
-Wstawaj kwiatuszku -nade mną stała pani Hoffman, nasza służąca, pomocnica. 
-Nie chcę. Nie mam zamiaru.
-Jedziesz dziś do świata normalnych.
-Po co?
-Nie mam pojęcia...

  Po śniadaniu schodzimy na dół. Czeka tam na nas Tonny i jacyś ludzie.
-Witaj, księżniczko. Dzisiaj masz ważne zadanie. Wybierzesz się do Nowego Yorku. -Tonny kładzie mi rękę na ramieniu -Jedziesz sama.
-Nie. Nie ma mowy. Sama? Pfff. Nie. -patrzę na niego, a on tylko unosi brew i wychodzi. Nie podoba mi się to. Nie jestem samolubna, ale nie chcę sama jechać do Nowego Yorku.
-Przepraszam za niego, ma dziś zły humor -odpowiada piękna, czarnowłosa kobieta. Na obojczyku ma tatuaże, 6 wron. Co to znaczy? -mam na imię Ariana, zanim wyruszysz do Nowego Yorku, będę musiała zmienić twój wygląd. Tak, aby nikt cię nie poznał, panno Annabeth.
-A my? -zapomniałam, że Ares nadal stoi za mną. Ma potargane włosy i siniaka na policzku. Co on robił?
-Wy zostajecie. Macie ważniejsze szkolenie. -Ariana każe mi usiąść i bierze nożyczki do ręki. Łapie za moje włosy.
-Czekaj! Muszę je obcinać?
-Hmm... Zobaczymy. -odłożyła nożyczki. Ufff. Nie chcę ich obcinać.
-W takim razie je przefarbujemy. -to lepsze niż obcinanie.
  Po 40 minutach patrzę w lustro. Kim jest ta dziewczyna? Ma takie same rysy twarzy, te same błękitne oczy, takie samo drobne ciało. Tyle, że dziewczyna w lustrze ma niebieskie włosy, mocno zarysowane oczy. Wygląda na bezwzględną morderczynię.
-Nie wyglądam jak ja.
-Tak miało być. Idź na dziedziniec.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, ze tak długo nic nie dodawałam ;c
Nie mam ostatnio czasu '^' 

czwartek, 6 lutego 2014

Część 4.

 Co to Wataha Nocnych Łowców? To smoczy i szlachecki ród, matka tej smoczycy był smokiem naszego ojca. Smoczyca jest biała, piękna i mała, jej czarne oczy połyskują w popołudniowym słońcu. Podeszła do mnie, przyjrzała mi się, rozwinęła małe skrzydełka i wleciała mi na ramię.
-Hej mała -powiedziałam z uśmiechem, smoczyca pieszczotliwie pchnęła mnie pyskiem w polik. Oddaliłam się kawałek i przyglądałam się smoczycy. Jak cię nazwać? Tego jeszcze nie wiem. Po 30 minutach z Jamy wyszedł czarny smok. Dostojny i niewiele większy od mojego. Z tej odległości nie widzę go dobrze. To smok Aresa. Chwilę potem wyszedł niebieski, mniejszy smok, podszedł do Josha i szybko wleciał mu na ramię.
-Jak mamy je nazwać? -Ares podszedł do mnie i usiadł, jego smok potruchtał zanim
-Pamiętasz "Grę o Tron"? Była tam Khaleesi, i tak nazwę mojego smoka.
- Ja nie wiem jak go nazwę, Josh już chyba coś wymyślił, ale nazwa smoka nie jest teraz najważniejsza. Jutro mamy jakieś zajęcie czy coś, musimy się przygotować do rządzenia państwem. -a, no tak. Państwo. Nie mam ochoty na takie rzeczy. Nie lubię rządzić, a tym bardziej słuchać kogoś. Ares jest starzy więc to on będzie sprawował "główną" władzę. Tak mi powiedziano. Bo skoro jesteśmy bliźniakami z przepowiedni, to musimy rządzić razem. Jak na rodzeństwo przystało.
  Jakąś godzinę potem siedzieliśmy już w zamku. Służba pokazała nam nasze pokoje, ja miałam wspólny z Joshem, nasz pokój jest wielki. Znajduje się tam wielkie cyjanowe, dwuosobowe łóżko z kotarami. Pierwsze co zrobiłam to rzuciłam się na nie. Leżąc na łóżku oglądam pokój. Ściany są pistacjowe, wielka cyjanowa szafa stoi w rogu, obok niej wisi największe lustro jakie widziałam, Josh położył się obok. Dawno z nim nie rozmawiałam.
-Kocham cię -jedyne co mi przyszło do głowy.
-Ja ciebie też, najmocniej na świecie. -chciałam go pocałować, ale do pokoju weszła służba i wyjęła z szafy masę rzeczy. Położyła obok nas ubrania, kazała się w nie ubrać i wyjść na dziedziniec. To są ubrania? Żartowałam. To jakieś stroje na bitwę Tytanów.
  Ubrania, ykhym,  stroje są w większości czarne, na zgięciach rąk i nóg są ochraniacze, strój ma liczne otwory i uchwyty na broń. Gdy się ubraliśmy zeszliśmy na dół, przyznaję, wyglądam w tym stroju seksownie.
Na dziedzińcu stoją różne manekiny, stojaki z gronią oraz nasz instruktor. Łysy facet.
-Witam księżniczko Annabeth, gdzie pański brat ?
-A bo ja wiem ?
-Idę ! -Ares biegł przez krużganki.
-Przepraszam za spóźnienie panie... -Ares zwrócił się szeptem do mnie- jak on ma na imię ?
-Ayron, panie Shadow.
-Ah, no tak. -Ares cofnął się i oglądał miecze.
  Cały trening trwał prawie 3 godziny, po tym ruszyliśmy na obiad. Siedzimy w wielkiej i złotej sali. Jedeznie właśnie podali, ciepłe i złote kurczaki, ziemniaki, makarony, surówki, zupy, napoje i inne wymyślne potrawy których nazw nie znam. To wszystko dla naszej trójki. Kiedy tylko zaczęłam jeść do sali wpadły smoki i czekały na nas. Jest już koło 22, nie mam czasu dla Khaleesi, ale pobawię się z nią. Jak tylko zjem.
  Po zjedzeniu ruszyliśmy znów na dziedziniec i bawiliśmy się ze smokami, to może dziecinne, ale są najlepsze na świecie.
-Chodźmy spać -proponuję i biorę Khaleesi na ręce, ruszamy w stronę pokoju. Josh dogania mnie i otwiera mi drzwi. Miło z jego strony, w końcu to mój chłopak. Kiedy wszystko jest już gotowe idę spać. Kładę głowę na ramieniu Josha i momentalnie zasypiam.

czwartek, 30 stycznia 2014

Część 3.

Pierwszy raz podróżuję na smoku. To coś, czego nie da się opisać, trzymam smoka za pas przypięty do jego pleców. Skrzydła co jakiś czas ocierają się o nogi, moje blond włosy są rozwiane, lekko łaskoczą mnie w policzki.
- Jak ci idzie? -mój brat bliźniak, Ares podlatuje blisko i podaje mi jabłko
- Jak ja to mam zjeść ?Prowadzę ! -Ares zaczął się śmiać, resztę drogi spędziłam na robieniu piruetów i innych sztuczek. Naprawdę szybko opanowałam jazdę na smoku.
 Kiedy dotarliśmy moim
  oczom ukazał się przepiękny widok. Kolorowe pola, zielone lasy, liczne i piękne budynki. Na szczycie góry stał wielki zamek, był ładny, ale od dawna nie zamieszkany. Ludzie mieszkający tutaj byli świetnie zorganizowani i odpowiedzialni. Od wieków nie wybierano tu króla. Abbe tłumaczyła mi, że czekają na królów z przepowiedni.

- Tam na dole jest jest pas do lądowania !- Abbe wskazała mi palcem długi i bardzo szeroki pas, wyglądający jak lotnisko
- Mają tu samoloty ?
- Nie ! To dla smoków i pegazów.
Pegazów ? To miejsce wydaje mi się być coraz bardziej dziwne.
 Wszyscy wylądowaliśmy, Abbe zmniejszyła smoki i schowała do torby
- Tędy. -wszyscy ruszyliśmy za różowowłosą dziewczyną. Złapałam Josha za rękę, Ares szedł obok mnie.
- Co my tu robimy ? -Josh rozglądał się po budynkach, najwyraźniej nie podoba mu się miejsce.
- Nie mam zielonego pojęcia, Josh
- Tu jesteście ! -zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć otrzymałam siarczystego całusa w nos. Tonny Syrat. Czarodziej, magik czy jak mu tam. - Taak ? -odpowiedziałam i cofnęłam się do tyłu.- Chodźcie szybko ! -Tonny złapał mnie za rękę, ja pociągnęłam Josha. Abbe szła razem z Aresem na końcu. Nie podoba mi się to. Po 5 minutach marszu trafiliśmy do jednego z domków. Był cały niebieski z wymyślnymi kształtami, okna była okrągłe i duże, prawie że na całe ściany. Drzwi były idealnie wyrzeźbione, klamka na samym środku. Kiedy weszłam do środka poczułam zapach migdałów, całe pomieszczenie było mocno oświetlone, na szafkach i półkach stało tysiące książek i buteleczek, słoiki i różne pudełka. - No więc, co was tu sprowadza ? Abbe mówiła, że przyjedziecie, ale nie mówiła po co. -Syrat wyglądał na 25 lat chociaż każdy wie, że ma jakieś 1500, ma czarne kręcone włosy, jego oczy są zielone i piękne, cera niemal, że biała

- Chodzi o przepowiednie. - Abbe przeszła za moimi plecami, w tym czasie Tonny usiadł na luksusowym, fioletowym fotelu
- Ach, tak. Annabeth usiądź. - wskazał mi pufę wypełnioną styropianem - Zawsze myśleliście, że nie macie rodziców. Wasi rodzice oddali za was życie, żeby was ratować. Byli wyjątkowi, jak wy. Wasza "ciotka" była czarodziejką i waszą opiekunką. - zatkało mnie - Żeby was chronić wysłaliśmy was do świata śmiertelników, niestety demony was odnalazły i trzeba było was tu przyprowadzić. Właściwie to wasze państwo. 
- Ale... jak ? Nie rozumiem. Ja i Ares tu rządzimy ? - nadal nic nie rozumiem, o co chodzi ? Ja nie umiem panować na własnymi mocami a co dopiero nad państwem !
- Spokojnie. Na razie będziecie to mieszkać. Dostaniecie smoki
- Smoki ? -Josh odłożył żółtą buteleczkę i podszedł bliżej 
- Tak, nauczycie się latać na nich jak najlepiej i jak je siodłać
- Ok, to kiedy zaczynamy - wstałam i chciałam już wyjść, ten smród mnie osłabiał
- Idźcie. - Tonny wezwał jakiegoś łysego faceta, który miał nas zaprowadzić do stajni.
  Szliśmy 5 minut, aż dotarliśmy do wielkiej jaskini. Do Smoczej Jamy. Tutaj smoki nas wybierają, my tego nie robimy. Po 10 minutach czekania z Jamy wyszedł jeden smok. Łysy facet wyjaśnił mi, że należy do Watahy Nocnych Łowców.